„Ostatni bastion padł!” – tak sobie pomyślałem jak zobaczyłem Krzysztofa Majchrzaka w reklamie. Nigdy nie byłem przeciwnikiem udziału aktorów w reklamie, nigdy też nie uważałem, że udział w reklamie to jakaś ujma dla zawodu aktora, tym bardziej nie wchodziłem nigdy w kwestie sposobu zarabiania na życie – bo w przypadku reklam na pewno w wielu przypadkach czynnik finansowy był decydujący. Ale jest pewna grupa aktorów, którzy przez ponad 20 lat od transformacji nie pojawiali się w na ekranach jako celebryci reklamowi, to najczęściej ci kojarzeni z teatrem niż telewizją czy też z tzw. „kulturą wysoką” – Krzysztof Globisz, Olgierd Łukaszewicz, Jan Frycz, Jan Englert, do tej grupy też zaliczałem Krzysztofa Majchrzaka… do wczoraj, kiedy zobaczyłem go w najnowszej reklamówce piwa Żywiec.
Ten zabieg „mój pierwszy raz w reklamie” już pojawiał się nieraz. Pamiętacie dialog między Marylą Rodowicz a Danielem Olbrychskim w reklamówce lodów Koral?
Majchrzak w reklamie Żywca, to element większej całości i prawdopodobnie jedna z postaci, która pojawi się w najnowszej kampanii tego piwa. Na stronie widać wyraźnie jeszcze trzy wolne miejsca – macie jakieś typy?
Inną kwestią jest sam wizerunek Krzysztof Majchrzaka, który wydawał mi się do tej pory bardzo „niereklamowy” i trudny do zaszufladkowania do jakiejś konkretnej kategorii produktów. Naprawdę miałbym problem aby skojarzyć tego aktora z jakimś produktem który mógłby reklamować? Luksusowe samochody, usługi bankowe, cygara, może jakiś markowy, mocny alkohol (to chyba najbardziej mi pasuje). Z drugiej strony ta „pustka” stwarza duże pole do popisu, bo skoro aktor nie kojarzy się z żadnym konkretnym produktem to odpowiednią kampanią i można „zawłaszczyć” to skojarzenie w głowie konsumenta. Zanim Marek Kondrat zaczął pojawiać się w reklamach ING pewnie sytuacja była podobna. Trochę inaczej ma się chyba sytuacja z Januszem Gajosem – też przez wiele lat nie brał udziału w żadnych kampaniach… Nie wiem która marka związana z Gajosem bardziej utkwiła w głowach konsumentów? Kawa czy banki? Może jakiś szybki test? Wystarczy kliknąć:
[polldaddy poll=2495945]
Wracając do udziału Krzysztofa Majchrzaka w reklamie. Jego decyzja jest tym bardziej zadziwiająca, że kojarzę wywiady, w których dość ostro wypowiadał się o skurwieniu świata, mediów i całego show biznesu. W sieci jest dostępny parę interesujących z nim wywiadów, poszukajcie bo to całkiem fajne i często ostre teksty. Ja wybrałem kilka cytatów, które właśnie „gryzą” mi się z decyzją o udziale w reklamówce. Poza tym nie wiem czy odnieśliście podobne wrażenie, o ile role Majchrzaka to zawsze były wyraziste i przekonujące postaci to w tym 30 sekundowym spocie zupełnie mnie nie przekonuje i jest jakiś sztuczny… być może to efekt tego budowanego przez lata wizerunku niedostępnego outsidera?
Fragment wywiadu dla „Przeglądu”:
– Jednak w telewizji to nie „Zagubiona autostrada” czy „Jackie Brown” znajdzie się w najlepszym czasie antenowym, tylko jakiś teleturniej.
– To nie do końca zależy od telewidzów, choć w kółko trąbi się, że to widz decyduje o wszystkim. Winne jest szefostwo korporacji medialnych. Mechanizm działania jest taki: siadamy przy stole i ustalamy, że chcemy zarobić górę kasy. Więc co robimy? Szukamy miernot, które dla sławy zrobią wszystko. Miernoty ruszają w te pędy robić serialową sieczkę. Po kilku zaledwie odcinkach artysta, który miałby duże trudności z dostaniem się do kółka dramatycznego w powiatowym domu kultury, zdobywa popularność. Tak jak popularne jest logo znanych programów czy deseń na opakowaniu gumy do żucia. Te miernoty wchodzą w tzw. obieg i już tworzy się dla nich ślizgane i tańczone konkursy, rozkręca się rywalizację, żeby jak najwięcej miłośników seriali to oglądało. I – że powtórzę – bynajmniej nie chodzi tu o widza, o którego interesach tak się trąbi, ani nawet o występujących w tym bajorze sprzedawczyków, tylko o reklamodawców, którzy za 30 sekund w prime timie dadzą kilka milionów dolarów. I to jest czysty zarobek dla korporacji. Cała reszta to trybiki w machinie, alfonsy i chłystki, które nawet nie orientują się, w czym biorą udział. Tyle na ten temat.
Fragment wywiadu na Interii:
Pomijając już fakt, że nie ma takich pieniędzy, za które warto by wyrzec się siebie, to płacenie za to skurwienie jest zdecydowanie za marne. Jestem prosty chłopak – gardzę kurwami, zwłaszcza tanimi. Ale zostawmy już tych stroskanych o swoją karierę misiów. Prześledźmy inny, bardziej toksyczny mechanizm: Zmacdonaldyzowane korporacje medialne, szukające histerycznie, desperacko i gorączkowo zysku i poklasku, nachalnie i po chamsku podlizując się klientowi – wytworzyły m.in. sztuczne zapotrzebowanie na tzw. “bycie kimś”. BYĆ KIMŚ – oto nowa religia! (Nikt oczywiście nie daje recepty na to, co robić potem, będąc już kimś. Zresztą nie o to chodzi, by robić cokolwiek. Wystarczy być! ). Ta chora sytuacja wygenerowała karierki tak śmiesznych indywiduów, jak np.: prowadzący głupie programy, modele i modelki, twórcy reklamy, pogodynki i pogodyni, gotujący filozofowie, reżyserzy sitcomów, zawodowi
Cała ta społeczność cwaniaków i cwaniar, nie odpowiadając za nic, nie produkując na dobrą sprawę niczego poza namiętną chęcią autopromocji – żąda dla siebie wszystkiego: wysokich zarobków, sławy, popularności i społecznego szacunku. Zresztą często gęsto ci ludzie wykorzystują swoją popularność zapowiadając w powiatowej Polsce, za ok. 4000 PLN od imprezy, występy innych kolegów szmirusów! I na zdrowie! Ale to nie wszystko, koło absurdu toczy się dalej. Wystarczy w tenże podejrzany sposób zaistnieć jako “ktoś” – a już porywa cię cały system idiotycznych Konkursów i Zawodów dla Ktosiów: wędkarski, żeglarski, koński, tenisowy, taneczny, golfowy, inny. W końcu lądujesz na Festiwalu Gwiazd, na którym byle medialny chłystek, od tygodnia lansowany w telewizyjnych tygodnikach jako gwiazda czy panna wysmarowana samoopalaczem mówi w tajemnicy do sobie podobnych indywiduów: “Nie chciałam(łem) specjalnie tu przyjeżdżać, ale mnie w końcu zmusili. A tu taka ciężka praca! Wywiady, autografy. Mam tego dość! Chyba z moim nowym chłopakiem (dziewczyną) – stosowna kaszaniarsko-obciachowa sesja w “Gali” – wybiorę się na odjazdowe wakacje do aśramu w Indiach albo do buddyjskiej samotni w Tybecie”. Chciałoby się krzyczeć: Ludzie! Nie dajcie się wyleszczyć! Sprawdzajcie papiery swoich idoli! To w większości po prostu żądne rozgłosu typki.
Mój ulubiony fragment z „Przeglądu”, nietrudno zgadnąć o kim mowa :-)
– Dziennikarze dzielą się na tych, którzy po prostu uprawiają zawód dziennikarza, i na lansiarzy. Do lansiarzy zalicza się m.in. pewien wiekowy już pan w papuzim krawacie z TVN, który beztroski jak szczypiorek raz mówi o 38 śmiertelnych ofiarach ataku gazowego w Czadzie, a innym razem o tym, że Paris Hilton zamieniła różową podpaskę na niebieską. W obydwu wypadkach tak samo macha łapami, chwacko pohukując, bo chce być medialny. Wow, ekstra i na czasie! Dziennikarz lansiarz nie przekazuje informacji, tylko na tle informacji ukazuje przede wszystkim siebie. Poza tym formuła szybkiego obrazka spowodowała, że dziś wystarczy parę razy poprowadzić głupi kwiz, ugotować coś w „Kawie czy herbacie”, przeprowadzić rozmowę o niczym, potem zatańczyć na lodzie, zaśpiewać z gwiazdami i jest się tzw. kimś. Ten mechanizm sprawia, że dziś gwiazdą może być każdy: a to pogodynka, a to srynka, a to facet, który prowadzi program motoryzacyjny. Byle buzia była znana i lubiana. Hops i jestem celebrity! Największy kłopot te leszcze mają potem, kiedy przychodzi odpowiedzieć na pytanie: co zrobić z tą popularnością, kiedy kolejny konkurs wędkarski, koński albo tenisowy już nie bawi?! Pozostaje nudne bywanie na lansiarskich imprezach. I gorączkowe wypatrywanie, gdzie na sali znajdują się fotoreporterzy tabloidów.
O udziale Majchrzaka w reklamie przeczytacie jeszcze na blogu Czarno na Białym – polecam.
W blokach reklamowych, w ogólnopolskiej kampanii pojawił się jeszcze jeden Krzysztof, już nie debiutant – Krzysztof Krawczyk. Z jednej strony to chyba pierwszy raz taka duża kampania z jego udziałem, bo to tej pory kojarzyłem gozw jakichś miernych, regionalnych kampanii – jekieś cuda na odchudzanie, nie wiem czy nie mignął mi kiedyś w Telezakupach Mango, najbardziej go kojarzę z takich charakterystycznych reklamówek na ostatnich stronach teletygodników sprzed lat. Tym razem mocne uderzenie i spoty w prime time – Danacol.